Podróże – Egipt

Tajemnice przeszłości ukryte w tonach piachu, mumiach i czerwonym morzu.

Co najmniej raz w życiu warto zobaczyć ! A dalej to już kwestia wyboru 😉

Dlaczego właśnie tak zaczynam tą relację? Otóż jak w każdym miejscu na świecie znajdziemy tu, to co nas zachwyci oraz to co niektórych z nas może oburzać.

Zdecydowanie nie jestem typem wakacyjnej podróżniczki, której jedynym celem jest relaks nad basenem. Z drugiej strony rzeczy bardzo ekstremalne to też nie mój świat.  Zamieściłabym więc  siebie na liście osób lubiących wypoczynek aktywny a tu jak wiemy jest wiele form i możliwości.

Zacznę od tego, że moja podróż do Egiptu była bardzo spontaniczna i był to mój pierwszy wyjazd zorganizowany przez biuro. Jednego dnia decyzja a dwa dni później wylot. Lecąc tam miałam wizję zwiedzania i relaksowania się na plaży. W praktyce wyszło zgłębianie tajemnic czerwonego morza czyli z całego pobytu  6 dni na 8 nurkowania :)!

Ale zacznę od początku…

Pierwszy dzień w Sharm El Sheikh i przejście okolicznymi uliczkami przytłoczył mnie ilością ludzi i „zapraszających” właścicieli straganów do tego, by kupić coś właśnie u nich. Moja reakcja na cenę butelki wody prawdopodobnie mogła wydać się dziwna…a już zdecydowanie na pewno dziwna musiała być moja mina.  Gwar i hałas oblegający nas dookoła w tym zwiedzaniu sprawił, że nie miałam chęci tego powtarzać.

Drugi dzień to wyprawa na pustynię. Sądziłam, że to będzie fantastyczna przygoda niczym te oglądane w filmach…. Po długotrwającej zbiórce, odprawie i formalnościach posadzono mnie na pierwszy kład z całej kolumny, nawet nie pytano czy kiedykolwiek tym jeździłam- a nie jeździłam 😉 

 

I usłyszałam – ruszaj. Patrzę przed siebie wszędzie pustynia, piach. Pytam:

– Gdzie, w którą stronę ?

Na co w odpowiedzi słyszę :

– Przed siebie !

No cóż to ruszam. Jeszcze rozpoczęciem tej wyprawy, była pogadanka, by nie pędzić zbyt szybko i by trzymać się w jednym rzędzie, kład za kładem. Oczywiście turyści, przecież wiedzą lepiej….i co chwilę jakiś mądraliński próbował rozbić szyk przez co cała kolumna, była zatrzymywana, by pouczyć raz jednego raz drugiego osobnika. Podróż trwała i trwała,  ale jako, że lubię ogólnie jazdę wszelkimi pojazdami – podobała mi się ta przejażdżka. Dotarliśmy do „celu”, którym okazała sie wioska osadników, by pokazać nam kulturę i historię ich życia. Szkoda tylko, że wszystko stworzone sztucznie, na pokaz. Poraził mnie wręcz widok, ilości turystów przypisanych na danego wielbłąda w kolejce do przejażdżki. Podeszłam do kilku wielbłądów leżących i czekających na swoją kolej w całej tej nie naturalnej zbroi. Pożałowałam wówczas swojej decyzji w pierwszy dzień na plaży, choć tam nie było mowy o kolejce i takim czymś co miało miejsce na pustyni. Patrzyłam na to wszystko w smutku, ja i moi współtowarzysze podróży mieliśmy te same odczucia, smutek i żal. Nikt z nas nie przejechał się tam na wielbłądzie. Moją uwagę przykuł także fakt, że te ogromne zwierzęta prowadziły w dużej części dzieci, naprawdę malutkie… to był straszny widok.  Jako psiara i kociara, nie raz porażona byłam w Egipcie widokiem, tych stworzeń w koszmarnym upale. Ale te na pustyni, nawet nie bardzo miały gdzie się skryć…Szczytem moich wszelkich wrażeń stał się widok dziecka, pozostawionego samemu sobie na środku pustyni pośród całego gwaru turystów, przejażdżek na wielbłądach ….na środku piachu dostrzegłam płaczące niemowlę, zawinięte i zupełnie bez opieki…Jeśli więc zapytasz mnie czy wróciłabym tam, to moja odpowiedź jest jedna- nie.

Po tym wszystkim co zobaczyłam w osadzie, posadzono nas w jednym miejscu i powiedziano, by czekać….czekaliśmy pół godz. i kiedy nic się nie działo a nikt z innych turystów nie zgłaszał chęci, by zapytać co dalej poszłam do lidera z grupy organizatora tej wyprawy i zapytałam na co czekamy ? Usłyszałam ” odpoczywamy” na co mówię, że cała grupa odpoczęła i ma dość tych wrażeń i chcielibyśmy wracać… OK

Wracamy, ponownie nawoływanie do jazdy w jednym szyku i ponownie znajdują się mądrzejsi, którzy stwierdzają, że przecież można zaszaleć….w jednej chwili widzę mijający mnie kład, pędzącą na nim parę. Chwilę później widzę jak ten kład wylatuje w górę w jedną stronę wylatuje kierowca, w drugą pasażerka. Słychać płacz kobiety, noga złamana… cała sytuacja opóźnia powrót, a zachodzące na pustyni słońce oznacza jedno – ciemność. Wracamy w kompletnej czerni nocy, jedynie małe światełka na przodzie kładów oświetlają to co zaledwie metr przed nami..

Kiedy zdarzył się ten wypadek, czekając, aż noga kobiety zostanie opatrzona i przygotowana do dalszej drogi, dostrzegłam widok, który mnie urzekł i zachwycił. W całej tej sytuacji przed nami cud natury w postaci drzewa na środku pustyni..

Trzeci dzień to wyprawa na nurkowanie. Tzn. moi współtowarzysze podróży mieli plan nurkować, ja miałam sie opalać na łodzi czekając na nich. Taki był przynajmniej mój plan. Po drodze sądziłam ujrzeć piękne widoki, nic bardziej mylnego …. długo, długo nic, aż w końcu przy porcie widoki lokalnych „sklepów”, przy których wisiało obdarte ze skóry mięso, wzbudził we mnie wyjątkowo nie przyjemne emocje i było to coś koszmarnego. Potem za każdym razem oszczędzałam sobie tego, nie oglądając już niczego przez okno w czasie podróży ..

Ale wróćmy do nurkowania. Długo pytano mnie czy na pewno nie spróbuję. Broniłam sie jak mogłam, z moim ówczesnym lękiem do wielkiej wody i podstawowej umiejętności pływania było to paraliżujące… nie, nie .

Zatem przyglądałam się jak wszyscy przechodzą szkolenie, uzbrajają się w sprzęt ….

Kiedy już jedni powoli lądowali w wodzie a inni już rozpoczęli schodzenie pod wodę.
Ja i kilka pozostałych osób na pokładzie, rozłożyliśmy się do kąpieli w słońcu. Po chwili zobaczyłam nad sobą cień, to był jeden z instruktorów. Uparł się , by namówić mnie na choćby spróbowanie nurkowania. Zaczął opowiadać o swojej przygodzie z tą pasją, o realizacjach programów dokumentalnych o nurkowaniu, o tym jak niezwykły świat kryje się pod wodą.
Stwierdziłam ok, najwyżej zginę w przygodzie. Najpierw szkolenie na pokładzie, potem uzbrajanie mnie w sprzęt, uśmiechałam się przez łzy i się zaczęło… moje tysiące myśli o tym jak zginę! Skończy mi się tlen, udławię się wodą, moje serce tego nie wytrzyma, kolejnej myśli nie zdążyłam złapać, bo już znalazłam się wodzie..

Pierwszy etap – oswajanie. Leżałam z ciężką butlą na plecach. Woda sama unosiła, słońce grzało w policzki, instruktor obok mówił spokojnym głosem jak do dziecka. Czy jestem gotowa zajrzeć pod wodę ? Ymmm no nie wiem…
Chlup na brzuch, patrzę w dół a tam ogrom przestrzeni, nowy świat…. Piękny tylko to było tak, jakby ktoś wprowadził mnie na szczyt gór i na samym już szczycie dopiero człowiek patrzy w dół… Przerażenie, panika się odezwała, ściągnięta maska i opicie wodą …topię się , tonę.
Uf już jestem na plecach, instruktor mnie trzyma. Myślę „ mam dość, to nie dla mnie”
Ale ten uparty jak baran, dalej swoje. „Teraz już wiesz jak tam jest, będziesz spokojna, spokojnie oddychaj, tylko tyle”. Strasznie uparty.
Drugie podejście, jestem na brzuchu, patrzę w tę głębie, fakt jest piękna, przeganiam wszystkie myśli o braku tlenu, wodzie w masce i inne katastrofy. Skupiam się na oddechu, ale i to przeraża. Mam wrażenie, że w tej masce słyszę jak pracuje cały mój organizm, słyszę nie tylko swój oddech, ale i wszystko co dzieje się w moim ciele. Mam chęć trzasnąć się po twarzy i powiedzieć sobie – Monia skup się, podziwiaj ten cud natury.
Instruktor pokazuje mi znak pytając czy wszystko ok ? Pokazuję mu ok, schodzimy w dół.

Przepadłam, ten świat mnie zaczarował, wszystkie kolory, żyjątka, rośliny. Do tej pory rajem zawsze były dla mnie przepiękne ogrody, uwielbiam je. Tu odnalazłam podwodny raj, w którym zanurzałam się przez kolejnych kilka dni.

👠Maraton Kobiecości👠
Napisz do mnie :
kontakt@maratonkobiecosci.pl
⬇️Obserwuj:
www.facebook.com/maratonkobiecosci
⬇️Obserwuj:
www.instagram.com/maratonkobiecosci

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *