Diagnoza – Hashimoto

„Zdrowie ile cię trzeba stracić, by cię docenić” – te słowa zawsze były mi bliskie. Dlatego od zawsze żyłam „zdrowo” i „sportowo”. Byłam aktywna, co wynikało choćby z faktu, że czynnie całe życie trenowałam regularnie praktycznie od dziecka. Najpierw był to taniec, następnie dołączył do niego fitness. Zatem jestem mocno związana z aktywnością fizyczną od ponad 32 lat.

Jakieś 18 lat temu wyeliminowałam całkowicie ze swojej diety przetwory mięsne. Nigdy zresztą nie jadłam innego mięsa poza drobiem.  Następnie ograniczyłam do minimum. mięso drobiowe tj. raz w na tydzień/ dwa zdarza mi się zjeść pierś z kurczaka. Postawiłam w swojej diecie na warzywa oraz ryby.

Również od ok 18 lat, unikam maksymalnie wszelkiej chemii, leków.  Kiedy dopadało mnie lekkie przeziębienie, zwalczałam naturalnymi witaminami, naparami ziołowymi.

Odkąd wdrożyłam te zmiany, praktycznie nie choruję zatem od 18 lat. Nie przypominam sobie bym leżała w łóżku dłużej niż 2 dni.. Zwykle wygrzałam się, wzmocniłam organizm naturalnymi produktami i byłam zdrowa bez większych problemów.

W marcu tego roku poczułam się słabiej, serce waliło mi niekiedy jak oszalałe, nie miałam sił, szybko się męczyłam. Byłam wtedy po wytężonym sezonie zawodowych działań, zatem uznałam to za przemęczenie.

Stan ten powrócił ze zdwojoną siłą w październiku, dosłownie jakby ktoś odciął mi całą moją energię. Nie miałam siły wstać z łóżka, wejście po schodach to wyczyn rangi wspinaczki, zasapana, zdyszana. Niemiłosierny rozpierający mięśnie i całe ciało ból, towarzyszył mi od trzech tygodni. Serce niekiedy waliło jakby miało wyskoczyć z klatki. Gdzie nie przysiadłam tam, mogłabym zasnąć w sekundzie…

Zaczęłam puchnąć, miałam dreszcze i bez przerwy było mi zimno…. nic dziwnego, okazało się, że mam temperaturę 34,4.  Wystraszyłam się tak na serio. Szalał COVID. Pomyślałam cholera, trafiło mnie. Lekarz skierował mnie na testy w pełnym przekonaniu, że przechodzę  COVID. Testy wskazał wynik negatywny.

Pomyślałam „cholera,  co jest ?”, kolejne badania, kolejne i kolejne… Usłyszałam diagnozę „Hashimoto, niedoczynność tarczycy” Niewiele mi to mówiło, a szczerze – praktycznie nic. Gdzieś kiedyś słyszałam, że ktoś ma i znałam wytyczne diety, ale to wszystko.

Ja która zawsze dbałam o zdrowie, o aktywny styl życia, o to by nie brać żadnej chemii/ leków. Od teraz codziennie będę przyjmować hormony…

Przepłakałam jeden dzień. Nie dlatego, że to koniec świata. Bo nie jest. Tylko z normalnej bezradności i złości. Stres doprowadził mnie do tej diagnozy. Najgorsza jest świadomość, że można było tego uniknąć.  Ile razy słyszałam, ba ile razy sama powtarzałam „Nie stresuj się, bo stres sieje najgorsze spustoszenia i choroby”

Zbieram moc, wskoczyłam na hormony, wdrażam nowe zmiany w diecie. I skoro ta przygoda ma trwać do końca mojego życia, to zapewne będę się tu dzielić z wami wrażeniami i dobrymi praktykami.

A może jest tu ktoś, kto również przechodzi przez tą chorobę i podzieli się dobrymi wskazówkami ?:)

Dobrego dnia !
👠Maraton Kobiecości👠
Napisz do mnie :
kontakt@maratonkobiecosci.pl
⬇️Dołącz do mnie tutaj
www.facebook.com/maratonkobiecosci